website

Najwyższa konwersja to nie to samo, co najlepszy wynik. Dlaczego strona salonu potrzebuje zaufania bardziej niż kliknięć

W rozmowach z właścicielkami salonów niemal zawsze pada w pewnym momencie pytanie, które wydaje się najbardziej trzeźwe z możliwych:„dobrze, ale czy to konwertuje?". Trudno się dziwić, że właśnie ono wypływa na wierzch, bo konwersja jest mierzalna, natychmiastowa i daje się pokazać w tabelce, a większość pozostałych rzeczy, o których mówi się przy okazji strony internetowej, brzmi jak kwestia gustu. Problem polega na tym, że pytanie zadane jako jedyne kryterium przestaje być trzeźwe i zaczyna być mylące, ponieważ sprowadza cały sens strony do jednego momentu — kliknięcia w przycisk rezerwacji — i milcząco zakłada, że wszystko, co dzieje się potem, jest już poza zasięgiem projektu.

Tymczasem w salonie beauty to właśnie „potem" jest całym biznesem, bo pojedyncza wizyta rzadko kiedy pokrywa koszt pozyskania klientki, a sensu nabiera dopiero wtedy, gdy zamienia się w regularny rytm co cztery, sześć czy osiem tygodni. Jeśli optymalizujesz wyłącznie pierwsze kliknięcie, optymalizujesz najmniej wartościową część relacji i robisz to kosztem tej najcenniejszej, choć na wykresie wygląda to jak sukces. Warto więc zamienić pytanie „czy to konwertuje?" na trudniejsze, ale znacznie bardziej użyteczne: „czy po tej wizycie klientka będzie chciała wrócić i czy będzie mi ufać na tyle, żeby polecić mnie znajomej?". To pytanie nie mieści się w jednej komórce arkusza, ale to ono decyduje o tym, czy salon rośnie, czy tylko się kręci w miejscu przy coraz większych wydatkach na reklamę.

Da się zbudować stronę, która konwertuje świetnie i jednocześnie szkodzi


Najbardziej niewygodna prawda o konwersji jest taka, że można ją podnieść metodami, które działają natychmiast i kosztują potem znacznie więcej, niż przyniosły. Sztucznie tworzona presja czasu w rodzaju komunikatu o ostatnim wolnym terminie, który wcale nie jest ostatni, licznik odliczający do końca promocji odnawiającej się co poniedziałek, ukrywanie prawdziwej ceny aż do ostatniego kroku rezerwacji albo obiecywanie efektów, których dany zabieg po prostu nie daje — wszystko to potrafi realnie podnieść liczbę rezerwacji w krótkim okresie. Klientka umówi się raz, przyjdzie, zapłaci więcej, niż się spodziewała, usłyszy, że efekt będzie widoczny dopiero po serii czterech zabiegów, o której nikt wcześniej nie wspomniał, i wyjdzie z poczuciem, że została wprowadzona w błąd. Nie napisze o tym negatywnej opinii, nie zadzwoni z pretensjami i najprawdopodobniej nie powie ani słowa — po prostu nie wróci, a Ty zobaczysz w statystykach świetną konwersję i słabą retencję, nie łącząc tych dwóch faktów ze sobą. To jest sedno problemu: mechanizmy, które psują zaufanie, i mechanizmy, które podbijają konwersję, bywają dokładnie tymi samymi mechanizmami, tylko skutki widać w zupełnie innym miejscu i czasie. Dlatego tak łatwo o błędną diagnozę i o wniosek, że „strona działa dobrze, tylko klientki są niestałe", podczas gdy w rzeczywistości strona sprzedała coś, czego salon nie dostarczył. Uczciwa komunikacja ceny, czasu trwania, liczby zabiegów w serii i realnego zakresu efektów wygląda przy tym mniej efektownie, ale przyprowadza klientkę, która wie, na co się umawia, i przez to jest znacznie bardziej skłonna umówić się ponownie.

Zaufanie jest lepszym punktem wyjścia niż konwersja


Kiedy zamiast konwersji postawisz w centrum zaufanie, cała reszta decyzji projektowych zaczyna układać się sama, bo pojawia się kryterium, które obejmuje zarówno pierwszą rezerwację, jak i wszystkie kolejne. Zaufanie w praktyce oznacza, że klientka wchodząca na stronę znajduje cenę bez szukania, rozumie, ile potrwa wizyta i co dokładnie się na niej wydarzy, wie, kto ją wykona, i nie ma poczucia, że coś jest przed nią świadomie ukrywane. Oznacza też, że informacja, którą przeczytała w poniedziałek na Instagramie, jest tą samą informacją, którą znajdzie w środę na stronie i usłyszy w piątek od recepcji, bo każda rozbieżność między tymi trzema źródłami jest małym sygnałem, że w tym salonie nie do końca wiadomo, jak jest. Pojedynczy taki sygnał nikogo nie odstraszy i nie zostanie nawet świadomie zauważony, ale one się sumują, aż w pewnym momencie zamieniają się w nieokreślone wrażenie, że „coś tu jest niepoukładane", i to wrażenie wpływa na decyzję o powrocie znacznie mocniej niż jakikolwiek element wizualny. Zaufanie ma też tę praktyczną zaletę, że jest jedyną rzeczą, która pracuje w obie strony jednocześnie: obniża opór przy pierwszej rezerwacji i podnosi prawdopodobieństwo kolejnej, podczas gdy większość sztuczek konwersyjnych poprawia pierwsze kosztem drugiego. Warto o tym myśleć jak o zasobie, który buduje się bardzo powoli i traci bardzo szybko, dokładnie tak samo jak reputacja w małym mieście. Strona, która buduje zaufanie, jest zwykle spokojniejsza, prostsza i mniej krzykliwa niż strona zoptymalizowana pod kliknięcie — i to jest cena, którą warto zapłacić.


Koszt niespójności jest niewidoczny, więc trzeba go zobaczyć celowo


Największy kłopot z niespójnością polega na tym, że nie generuje ona żadnego alarmu, żadnej reklamacji i żadnej pozycji w zestawieniu kosztów, więc z perspektywy właścicielki po prostu nie istnieje. Nikt nie napisze do Ciebie, że zrezygnował z rezerwacji, bo na stronie widniała cena 250 złotych, a w salonie 290, i nikt nie zgłosi, że nie umówił się, bo nie potrafił ustalić, czy zabieg trwa godzinę, czy dwie. Skoro sygnał nie przychodzi sam, trzeba po niego wyjść — i to jest zadanie na najbliższe dwa czy trzy tygodnie, a nie na kolejny wielki redesign, który znowu odsunie problem w czasie. Zacznij od najprostszego audytu, jaki możesz zrobić bez niczyjej pomocy i bez wydawania złotówki: wybierz jeden popularny zabieg, wypisz wszystkie miejsca, w których pojawia się jego nazwa, cena, czas trwania i opis, a następnie policz, ile z tych miejsc mówi dokładnie to samo. Miejsc będzie więcej, niż Ci się wydaje, bo poza stroną są jeszcze system rezerwacyjny, wizytówka Google, opis w mediach społecznościowych, wydrukowany cennik na recepcji, treść wiadomości potwierdzającej wizytę i to, co mówi zespół przez telefon. Bardzo rzadko zdarza się, żeby wszystkie te źródła były zgodne, i właśnie ta rozbieżność jest kosztem, którego do tej pory nie widziałaś. Samo jej wypisanie na kartce potrafi być bardziej otwierające oczy niż kilka miesięcy analityki, bo nagle abstrakcyjne pojęcie spójności zamienia się w konkretną listę rzeczy do poprawienia.